Uła Mereczanka Niemen relacja ze spływu
18 lipca, środa.
Z samego rana naradzam się z Agnieszką: spakujemy się szybko i w czasie, gdy reszta
będzie się wygrzebywała z obozu, odwiedzimy opuszczone domostwa, które upatrzyliśmy sobie wczoraj. Jak postanawiamy, tak robimy. Czujemy się jak poszukiwacze skarbów i właściwie nimi jesteśmy. W opuszczonej komórce wygrzebujemy jakieś stare żelastwo (w tym dwie podkowy – akurat po jednej dla każdego – na szczęście) ale na prawdziwe skarby trafiamy w stojącej na uboczu opuszczonej stodole: w kurzu stoi doskonale zachowany Trabant (oryginał, z tych pierwszych) i kompletny wóz drabiniasty, z kołami na obręczach. Przy pomocy znalezionych narzędzi udaje się odkręcić jedno z nich – bierzemy je ze sobą. Znajdujemy jeszcze resztki uprzęży, sito, grabie. Obładowani skarbami wracamy na pole biwakowe, prowadzeni zszokowanymi spojrzeniami obozowiczów.
Nasza grupa jest już gotowa, czekają przy kajakach na brzegu. Podnoszą rwetes, wydziwiają, protestują. Grabie dają się rozmontować, sito przywiązujemy na wierzchu kajaka Agnieszki (i Mariusza – mimo jego protestów), o metalowych drobiazgach nie wspominam, ale koła nie da się ani zmieścić do kajaka, ani w sensowny sposób umocować. Z żalem dzieli los kamienia. Teraz to już przesądzone: tak tego nie zostawimy, musimy tu wrócić, prawda Agnieszko?
Jeszcze kawałek Ułą i dopływamy do jej ujścia do Mereczanki. Mereczanka (Merkys) – to duży dopływ Niemna, rzeka dwa razy szersza od Uły o dość szybkim nurcie, ale płynie się swobodnie. Stosunkowo płytka, normalnie podobno zmusza do kluczenia między przeszkodami w postaci głazów i spiętrzeń, dla nas jest autostradą: przeszkody wszystkie pod wodą, silny równy prąd, szeroko, bez zakrętów… Płyniemy bez wioseł, niesieni nurtem, odpoczywamy.
W kilku miejscach przez Mereczankę przerzucone są wiszące „małpie pomosty” na linach. Przy pierwszym z nich robimy postój: nie możemy
sobie odmówić przejścia i zdjęć. Chętnie byśmy poskakali do wody, ale nie jesteśmy wstanie ocenić głębokości, nie mówiąc o ewentualnych zatopionych przeszkodach. W ciągu dnia stajemy jeszcze dwa razy: na obiad i na kąpiel. Woda zdecydowanie cieplejsza niż w Ule. Tego dnia robimy ponad 30 kilometrów. Kończymy dzień w Mereczu (Merkine). Tu Mereczanka kończy swój bieg uchodząc do Niemna. Niewielkie (jedyne na trasie) miasteczko rozłożyło się na wzgórzach malowniczo górujących nad przepiękną okolicą, gdzie wśród lasów Niemen tworzy wielki łuk, rozdwaja się opływając wyspę i, zasilony wodami
Mereczanki, rozlewa szeroko. Rzekę przekracza wysoki most, w pobliży którego wyznaczono miejsca na biwaki. Choć nie ma innych obozowiczów, rozkładamy się trochę z boku, bo Litwini to śmieciarze. Zostawiają butelki i inne odpadki, najczęściej w okolicy ognisk i nie jest to miły widok dla tych, którzy obozują w tych samych miejscach później. Na szczęście mamy Lecha! Od pierwszego dnia nie mógł znieść śmietnika: sprzątał, zbierał, palił, aż doprowadzał okolicę do porządku.
Oczywiście odwiedzamy miasteczko. Nie musimy uzupełniać zapasów, a w sklepie kupujemy tutejszy specjał: sękacz, który zresztą zniknie, zanim zdążymy wrócić do obozu. Szukamy (bezskutecznie) baru, kawiarni, restauracji. Wspinamy się po drewnianych schodach na wzgórze zamkowe. Podobno był tu gród, ale pewnie drewniany, nie ma żadnych śladów.
Po powrocie do obozu – trening. To jedyny trening w czasie tego spływu, trochę złośliwie poprowadzony przez Marka w odwecie za wczorajszą colę.
Obserwujemy dużą pielgrzymkę (do Ostrej Bramy?). Przechodzą mostem kilkadziesiąt minut, wśród pielgrzymów większość Polaków, ale są też inne flagi (nawet chorwacka). Machają do nas z mostu, odpowiadamy tym samym.
19 lipca, czwartek.
Przed nami jeszcze prawie 60 kilometrów. Niemen – największa rzeka Litwy, wije się
leniwie wśród zalesionych pagórków i zielonych łąk, tworząc rozległe zakola. Nurt jest spokojny, powolny. Nie ma tak wielu miejsc biwakowych, są jednak miejsca, gdzie można łatwo wyciągnąć kajaki i wykąpać się. Początkowo płyniemy falangą – całą szerokością (pustej) rzeki. Świeci słońce, lekki wiatr w oczy przyjemnie chłodzi. Brzegi są daleko, więc nie czujemy prędkości, ale płyniemy szybko – do przerwy obiadowej robimy 18 kilometrów. Po obiedzie stawka się rozciąga – tempo nadają Rafał z Lechem (pod koniec spływu wreszcie się zgrali), Marek z Adasiem i Krzysztof z Beatką. Przez pewien czas reszta dotrzymuje im kroku, ale odstępy są coraz większe, chociaż szeroka rzeka pozwala zostać w zasięgu wzroku. Widzę Agę z Mariuszem – na chwilę zostali w tyle i teraz ciężko pracują, żeby dogonić resztę. Zostaję, żeby na nich poczekać. Doganiają nas i
wyprzedzają Mateusz z Łukaszem. Zwalniamy tempo, kąpiemy się… Czołówki dawno nie widać, ale nie martwimy się, jak zobaczą, że nas nie widać, poczekają. Jest popołudnie, powoli zbliżamy się do miejscowości Nemunajtis, gdzie zaplanowaliśmy nocleg. Kolejne prawie 30 km za nami. Za każdym zakrętem spodziewamy się zobaczyć czekającą na nas resztę ekipy. Rzeczywiście są, ale tylko 2 kajaki: Natka z Grześkiem i Rasiki. Reszta popłynęła dalej. Dopływamy do Nemunajtis. Oglądamy pola biwakowe, malowniczo rozłożone na ogromnym łuku rzeki, zastanawiamy się, co robić? Chwilę czekamy, ale trudno – trzeba płynąć dalej. Kilkanaście minut później, jakieś 3-4 kilometry dalej wreszcie są! – czekają na brzegu! Tym razem my postanawiamy dać im nauczkę –
przez nich nie skorzystaliśmy z takich pięknych miejsc na biwak! Z okrzykami „płyniemy dalej!” mij
amy zgromadzonych na brzegu, mimo usilnych protestów z ich strony. Oglądamy się: udało się – wsiadają do kajaków i płyną za nami… Jak się później okaże, przez kolejne kilometry nie będzie gdzie stanąć: albo wysokie skarpy, albo mokre łąki, albo gęste lasy – a my płyniemy, płyniemy, płyniemy… Zawodzi nas mapa – w miejscu zaznaczonym jako biwakowe (przy przeprawie promowej) – dzikie chaszcze, promu dawno nie ma (reszki betonowych umocnień brzegu wskazują tylko miejsce, gdzie kiedyś
lądował), nie ma jak wylądować. Teraz już wszyscy (spokojnie i solidarnie płyniemy
razem) rozglądają się za noclegiem. I tak kilometr za kilometrem… No cóż… nie mamy
wyboru!
Przepiękny zachód słońca witamy na wodzie. Wreszcie, po przepłynięciu tego dnia 57 (!) kilometrów, po prawie 10 godzinach płynięcia, jesteśmy w Olicie (Alytus) –
szóstym co do wielkości mieście Litwy, planowanym końcu spływu. Na szerokiej łące,
u podnóża historycznego wzgórza, naprzeciw grodziska z wyrzezanymi w drewnie wojami,
rozbijamy ostatni obóz. Przed nami „zielona noc”, ale wszyscy jakoś dziwnie wcześnie znikają w namiotach ;)
Ci, którzy zostają (a są tacy!) – do późna wspominają co ciekawsze i zabawniejsze przygody tego spływu…
20 lipca, piątek
Skończył się czas na pływanie – pora wracać. Kajaki umyte, wysuszone, ułożone równo przy drodze, góra bagaży z boku. Jeszcze wyprawa do miasta, zakupy, żeby nie wracać z pustymi rękami, grupowe zdjęcia. Czekamy na transport i – żegnamy Litwę. Bolące mięśnie i podrapane nogi jeszcze przez jakiś czas nie dadzą nam zapomnieć o tej wyprawie. Przez 5 dni przepłynęliśmy ponad 140 kilometrów fascynującym szlakiem kajakowym prowadzącym przez trzy rzeki o różnym charakterze, przebiegającym przez niezwykle malowniczy Dzukijski Park Narodowy, bezludne okolice, gdzie dzika natura tworzy jakby nierealny świat z pogranicza baśni…

Jestem bardzo zadowolony z tego wyjazdu. Miło było przeżyć te chwile z Wami. Bardzo dziękuję za udział wszystkim uczestnikom, a szczególnie Tobie, Agnieszko – za niezniszczalny optymizm, koleżeństwo (można z Tobą konie kraść – jeszcze kiedyś spróbujemy;), humor i, co tu dużo mówić, przydatność (przygotowała chyba wszystkie posiłki). Fajnie było widzieć Mariusza rozpalającego ognisko, Filozofa suszącego lekarstwa, Lecha fikającego koziołki w wodzie i całą resztę: Natkę, Grzesia, Konia w kapeluszu, Marka i Adama Stenckich, rodzinę Przybyszów, trenera Marka, Rasika i moich najbliższych – Mateusza i Dominika. Żałuję, że nie pojechało jeszcze kilka osób. Pocieszam się, że jeszcze parę spływów przed nami.
Wierzę, że każde z nas nauczyło się czegoś na tej rzece. Czegoś, co pozwoli nam być lepszymi.
Pozdrawiam Was i do zobaczenia w przyszłym roku…..
Paweł Marczykowski





