Spływ kajakowy LITWA – relacja (nie do końca obiektywna… :)

14 lipca, sobota.

Litwini, razem z Polakami, szykują się pod Grunwaldem do złamania potęgi krzyżackiej, a my… ruszamy na Litwę!

Korzystamy, jak poprzednim razem, z pomocy pana Macieja, który wypożycza nam kajaki i organizuje transport z Suwałk na miejsce startu. Około 11.00 przeładowujemy bagaże (ależ tego mamy!) i godzinę później przekraczamy granicę. A za dalsze dwie jesteśmy na miejscu, w Dubiczach (Dubiciai) – niewielkiej wioseczce wśród łąk, gdzie zaplanowaliśmy początek spływu. Nie myśląc o obiedzie – ładujemy kajaki i na wodę!! A woda wyjątkowo wysoka – po kilku tygodniach opadów – podobno nie spotyka się jakiej o tej porze roku. Słońce, wartki prąd, wyborne towarzystwo, swoboda – nareszcie…

Przy odbijaniu od brzegu pierwsza wpadka (dosłownie!) – nienawykły do kajaka Rafał decyduje się… na kąpiel w ubraniu :). Wynurza się trochę zdezorientowany – rzeka jest głęboka a woda, bez względu na porę roku, lodowata (na całej długości jest zasilana licznymi źródłami, znajdującymi się pod dnem i w pobliżu brzegów). Może to i dobrze – do wieczora daleko, zdąży wyschnąć, a przestroga innym się przyda.

 

Płyniemy Ułą, jedną z najpiękniejszych rzek Litwy, podobno najszybszą nizinną rzeką Europy. Ukształtowanie brzegów jest b ardzo różnorodne, na szlaku są bystrza, dużo zwalonych drzew. Rzeka wije się wśród sosnowych lasów w głębokich dolinach o piaszczystych, wysokich skarpach. Z powodu powalonych drzew, bystrego nurtu i ostrych zakrętów, trzeba cały czas mieć napiętą uwagę i szybko reagować, gdy przeszkody wyłaniają się nagle zza zakrętu.

 

Ale na razie płyniemy przez rozległe łąki, niesieni prądem spokojnie, chociaż szybko. I dobrze, bo na dziś mamy w planie siedemnaście kilometrów, a są wśród nas osoby po raz pierwszy siedzące w kajaku. Wpływamy do lasu, „peleton” rozciąga się na przestrzeni kilometra. Mieliśmy dobrać się parami, doświadczeni z nowicjuszami, ale to może od jutra – dziś dzień „lajtowy” – czas na oswojenie się z nowym środowiskiem, zapanowanie nad sprzętem, nabranie umiejętności,odpoczynek…

 

Nic bardziej zwodniczego. Rzeka pokazuje groźne oblicze.

Przy wyjątkowo wysokim poziomie wody krok od brzegu jest już półtorametrowa głębia a zwalone pnie, pod którymi można zwykle swobodnie przepływać, teraz znajdują się tuż nad, na, lub tuż pod powierzchnią. Wychodzenie z kajaka (trzeba go przepychać przez przeszkody) i balansowanie nad głębiną na śliskiej, chwiejnej kłodzie, szarpiąc się z kajakiem targanym wartkim prądem musi skończyć się w wiadomy sposób, nawet dla ćwiczących sztuki walki ;).

Przekonują się o tym Mateusz z Filozofem. Obaj doświadczeni (niejeden spływ za nimi) i sprawni, płyną za blisko poprzedników i przy kolejnej przeszkodzie nie zdążą zareagować – silny nurt rzuca ich na zator, obraca, przechyla, i … mogą już tylko ratować zatopione rzeczy.

Rusza akcja ratunkowa. Okrzyki niosą informację od kajaka do kajaka. Chłopcy holują do brzegu zatopiony kajak, trzymając przypadkowo złapane przedmioty. Czteropak piwa bezpowrotnie ginie w głębinach, część odpływających skarbów wyławiają inne statki. Na szczęście (jak się później okazuje) nie gubią nic wartościowego, chociaż Filozof nie zrobi już na tym spływie żadnego zdjęcia (do dziś nie wiemy, czy jego aparat przeżył nurkowanie?). Osoby, które wysforowały się naprzód czeka forsowny, prawie kilometrowy powrót pod prąd.

Dobijającym do brzegu topielcom postanawia pomóc trener Marek. Ze słowami „czekajcie…” wyciąga rękę, daje mały kroczek od brzegu i … cały znika pod wodą! Na długozapamięta słowa Filozofa, kiedy wynurzając się oszołomiony i wściekły słyszy pytanie: „Trenerze, czy Pan to zrobił specjalnie?!?”

Płyniemy dalej. Do wieczora jeszcze Lechu i Dominik zaliczają nurkowanie, a zupełnie suchy nie jest chyba nikt. Nie ma co, „lajtowy” dzień.

 

Dopływamy do zaplanowanego na nocleg miejsca. I znów niespodzianka – wysoka woda zalała nisko położoną łączkę. Biwak tonie w błocie. Zaciskamy zęby i płyniemy dalej. Jeszcze kilometr i lądujemy. Miejsce sympatyczne, równa polanka, na skarpie, w suchym, sosnowym lesie.

Wszędzie pełno drzewa na ognisko, z czego skrzętnie korzystamy. Rozbij
amy namioty. Robimy „zrzutkę” suchych ubrań dla Mateusza i Filozofa. Wokół ogniska wyrasta las rusztowań obwieszonych suszącymi się rzeczami. Parzymy usta pośpiesznie przygotowanym gorącym posiłkiem (jakie pyszne te chińskie zupki!), pieczemy kiełbaski, niektórzy piją piwo (polskie, bo litewskie paskudne –próbowaliśmy, to prawda!). Wszyscy omawiają wydarzenia dnia. W głosach obawa: jeśli to był najłatwiejszy dzień, to co będzie jutro? Słyszę zdanie:„chyba już nie mogło być gorzej…”. Mogło, mogło, myślę sobie, przecież jest ciepło i nie pada… Jak się wyśpimy, docenimy intensywne przeżycia, dzięki którym błyskawicznie odreagowujemy stresy codziennego życia, pracy, kłopotów… dobranoc.

Pages: 1 2 3 4